Sint Ut Sunt Aut Non Sint - Niech Będą Tacy, Jacy Są Albo Niech Nie Będzie Ich Wcale

 

Cerco la mia isola...

Oto ja. Znowu. Długo myślałem, jak skrócić w jednej, zajebistej notce to, co stało się przez ostatnie 1,5 roku. Ale daruję sobie, bo raz, że mi się nie chce, a dwa... nie, nie ma dwa. Nie chce mi się.
No dobra, bez pewnych faktów się nie obejdzie. Nie jestem już z Darkiem. Nie jestem już we Włoszech (a no właśnie, studiowałem tam przez 1,5 roku).
Nie jestem z nikim. Jestem w Stanach (a no właśnie, studiuję tutaj od 2 tygodni). To wielkie marzenie, które miałem od wielu lat, w końcu się spełniło. Czy jest fajnie? Tak, jest fajnie.
Ogólnie to jestem szczęściarzem. Rodzina i przyjaciele są ze mnie dumni. Miasto jest ze mnie dumne. Chciałeś jechać do Włoch na studia? To pojechałeś. Chciałeś jechać do Stanów na studia? Też pojechałeś. Czego chcieć więcej?
No właśnie. Oto jest pytanie. Nie wiem, czego chcieć więcej. Jestem teraz w pustym punkcie. Osiągnąłem na razie to, co chciałem. Nie wiem, do czego teraz dążyć. Nie wiem, o czym marzyć. Doszedłem do wniosku, że droga do spełnienia marzeń jest najlepszą ich częścią. Wtedy życie ma naprawdę sens.
Znam swoją filozofię życiową bardzo dobrze. Chcę być kimś, kto zmieni świat. Dziecinne? Może... Ale ja naprawdę w to wierzę. Brak mi tylko konkretów... Mam kilka pomysłów, ale żadnych konkretów. Tłumacz? Tłumacz przetwarza tylko słowa, które już zostały wypowiedziane. A ja chcę używać własnych. Dziennikarz? Jasne, z moim piórem. Polityk? Nie wiem, czy wytrzymałbym psychicznie, podobno nie jestem najlepszym kłamcą... Nauczyciel? Obrońca praw człowieka? ONZ? Nie wiem... Nie potrafię się odnaleźć od dłuższego czasu. Pamiętam czasy, kiedy kłóciłem się z przechodniami na akcjach Amnesty International, kiedy wyśmiewałem ich nieczułość i ignorancję, ich obojętność na los innych ludzi - tylko dlatego, że to ich bezpośrednio nie dotyczy. Wtedy miałem cel, miałem tę pasję. A teraz? Teraz leżę na łóżku, czuję się samotny i nie wiem, co chcę robić w życiu. Mało tego - ja nawet nie wiem, co ja będę robił po wakacjach. Tak właściwie to nie wiem, co ja będę robił w same wakacje. Coraz częściej zastanawiam się, czy opuszczenie Włoch i przeniesienie się do Usanii to dobre posunięcie. Cierpi na tym moja 'kariera akademicka', jak to dumnie nazywają Amerykanie, cierpi moja rodzina, a przede wszystkim - cierpi ktoś, na kim mi bardzo zależy. A przez to wszystko, cierpię i ja. Ale jak tu marudzić. Spełniło się moje marzenie. Kurwa.
Może wszystko byłoby dużo łatwiejsze, gdyby nie te kilka tygodni, które przed wyjazdem do Stanów spędziłem w Polsce. To był dziwny okres. Po pierwsze, bycie w domu przez dłuższy czas. Po drugie, to co zdarzyło się w międzyczasie (uwaga, tutaj zaczyna się metafora).
Nigdy nie lubiłem polowań. Aż tu pewnego dnia znalazłem się, zupełnie z nudów, w lesie. A w lesie, oczywiście, pełno zwierzyny. Żmije, robaki, dzikie świnie, niedźwiedzie i... jeden, najzwyklejszy w świecie, jeleń. Chciałem sobie tylko pospacerować, pooglądać tę dzicz. Nie chciałem, by mnie zauważono, po prostu byłem tam tak sobie. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie ten jeleń. Przyciągnął moją uwagę. I tak to się zaczęło (koniec metafory).
Zaczął się jeden z najmagiczniejszych okresów w moim życiu. Los niewątpliwie pokazał mi zajebiste "fak ju", sprawiając, że poznałem Adriana (owego jelenia). I to w tym czasie, dokładnie wtedy, kiedy miałem wyjechać do Stanów na prawie pół roku. Dobrze o tym wiedziałem, wiedział o tym on. A jednak - to mnie nie powstrzymało. Poczułem to niesamowite uczucie... Z czasem zainteresowanie przerodziło się we flirt, flirt - w inspirację, a inspiracja - w zauroczenie. A zauroczenie? No cóż, w tym momencie wyjechałem do Stanów. Jednak nie mam większych wątpliwości, co by było dalej. I co, mam nadzieję, będzie... Skype może i może dużo, ale nie umie wszystkiego...
Każdy pedał spuszczałby się co 5 minut z samego tylko powodu, że mieszka w West Hollywood (gdzie na głównych ulicach miasta tęczowe flagi dumnie powiewają w towarzystwie amerykańskich). Ale doszedłem do wniosku, że jakoś mnie to nie kręci. Doszedłem też do wniosku, że nieważne, gdzie jesteś. Ważne, z kim jesteś. A ja? Ja jestem teraz sam. I zastanawiam się, czy warto było zostawić rodzinę, zostawić przyjaciół i zostawić Adriana w Polsce. W takich momentach jak ten, kiedy nie mam nawet z kim porozmawiać (niech żyją popierdolone strefy czasowe), poważnie zastanawiam się, jaki to ma cel? Czy warto? Szczerze mówiąc, myślałem, że jestem silniejszy...
Ale ponieważ jestem optymistą (mimo tych wszystkich smętów wyżej), nie boję się przyszłości. Wręcz przeciwnie, wypatruję jej niecierpliwie, tak jak robiłem to zawsze.
Czasami chyba przeczę samemu sobie. Ostatnio miałem za zadanie napisać wypracowanie o piosence o szczególnym dla mnie znaczeniu. Po tygodniu rozmyślania, wybrałem "Kilka prostych prawd" Reni Jusis. Napisałem, że ta piosenka oddaje moją osobowość i moje zasady. "Tylko miłość aż po kres, Tylko zgodne bicie serc, Cała reszta nie obchodzi nas". Jednak, jeśli taki naprawdę jestem, to dlaczego od niej uciekłem aż tutaj? Czy nie powinienem wiedzieć, że ona jest pierwszym krokiem i warunkiem do tego, żeby osiągnąć więcej? Czasem mam wrażenie, że biczuję samego siebie... Tak czy inaczej, ten semestr spędzę w Stanach. A później?

Znów chce mi się zacytować Paolo Coelho...
Kto wie, może w końcu odkryję to, czego pragnę najbardziej na świecie...


I mam nadzieję, że będę mieć dość odwagi, by dać sercu wyłączność na kierowanie moim losem.




2008-02-23 10:59:44

skomentuj (7)

ZESŁANI DO PRACY

Nie sądziłem, że będę pisał o szkole w wakacje, jednak jeden mały epizod cały czas tkwi mi w pamięci. Podczas uroczystego zakończenia roku szkolnego klas trzecich w naszym liceum nauczycielka biologii podeszła do mikrofonu i powiedziała (mniej więcej): "Chcę powiedzieć Wam tylko jedno zdanie. A właściwie jeden cytat: 'I kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu'".

Mimo że wcześniej znałem te słowa, wtedy tak naprawdę do mnie dotarły. Dotarły też łzy do moich oczu. Skończył się okres szkoły. Zaczyna się okres samodzielnych wyborów.

Pierwszym z nich była decyzja o wyjeździe do pracy. Najpierw do Irlandii, potem jednak do Szkocji, w końcu wylądowaliśmy w Londynie, gdzie po 3 dniach znaleźliśmy pracę... w Szkocji. Po 2 dniach już pracowaliśmy, co robimy do tej pory i mamy nadzieję robić do końca sierpnia. Ja jestem kelnerem, barmanem i sprzątaczką (:P), Darek zmywa naczynia w kuchni. Szkoci są wspaniali, szefowie bardzo wyrozumiali i życzliwi, mieszkamy w budynku hotelu, w którym zresztą pracujemy, w osobnym mieszkaniu. Mieliśmy ogromne szczęście, pracujemy dużo i zarabiamy te jebane pieniądze, żeby móc studiować.

Właśnie. Decyzja o studiach we Włoszech jest już ostateczna. :) Jednak nie w Neapolu, a w Genui, która jest mniej tłoczna, a bardziej otwarta i europejska, co mi bardzo odpowiada. W końcu mój kierunek to "Nauki międzynarodowe i dyplomatyczne", a Darka (docelowo) "Wzornictwo przemysłowe".

Przez ten miesiąc załatwiane będą wszystkie formalności, a we wrześniu - Kierunek: Italia! :)

Wobec tego wszystkiego, co teraz się dzieje, ten cytat Paulo Coelho wydaje się być jak najbardziej słuszny. :)

I oby tak już zostało. :)


2006-07-16 00:53:18

skomentuj (5)

NOWE PERSPEKTYWY


Ależ się pozmieniało... Ale chyba na lepsze. Nie chyba. Na pewno. Po kolei...

Po pierwsze - przyjaciele. Tak naprawdę to (poza oczywiście Darkiem) jest ich dwoje. Myślałem, że więcej. Nie żałuję - nie można mieć ich nie wiadomo ile, bo żadnemu nie poświęca się dość czasu. Na własnej skórze przekonałem się, że kto ma wielu przyjaciół, tak naprawdę nie ma żadnego. Teraz jest jednak dobrze i jestem szczęśliwy. :)

Po drugie - życie. Od września mieszkam z Darkiem. W różnych miejscach lądowaliśmy, w lepszych i gorszych, teraz jednak odnaleźliśmy stałość i do końca pobytu w Polsce będziemy tam, gdzie jesteśmy teraz.

Po trzecie - no właśnie, do końca pobytu w Polsce, czyli do kiedy?
Do końca maja. Potem jedziemy do Szkocji, aby zarobić na studia. Gdzie? We Włoszech. W Neapolu. :) Uparliśmy się i żadna siła nas już nie zatrzyma. Będzie kuuuul. :P

No, to najważniejsze aspekty mojego życia w tym momencie. :) Ktoś gadał, że za tydzień jakaś matura, ale jeszcze nie wiem, czy pójdę. :P Może sobie pośpię...

Tak więc... łisz mi lak! :)


2006-04-29 00:41:45

skomentuj (2)

"Ale Meksyk!"

Ostatnio stwierdziłem, że chcę poświęcić swoje życie językom obcym i innym kulturom. A to z paru powodów.

Po pierwsze, języki mnie "kręcą" - i muszę przyznać, że francuski znajduje się na szarym końcu tej listy. :) Kocham języki romańskie, owszem, ale włoski i hiszpański... Nieważne. :)

Po drugie, języki to podróże. A podróże to coś, to chcę robić. Bardzo bardzo.

Po trzecie, języki to (jest taka możliwość) zawód nauczyciela, który mi bardzo odpowiada. Niestety, trochę mniej to pasuje Darkowi, który ma nadzieję wybić mi to rychło z głowy - powodzenia. :)

Po czwarte, chcę studiować za granicą. A języki mi to umożliwią. Jak to powiedział kolega z Niemiec - BELLA ITALIA (po czym zapytał - "co to w ogóle znaczy"?)

Po piąte, języki to inne kultury. I właśnie nad tym chcę się troszkę więcej rozpisać.


Ostatnio w mieście odbył się Międzynarodowy Dziecięcy Festiwal Folkloru, a ja byłem tłumaczem grupy z Meksyku. Pomijając fakt, że nie spałem 2 noce przed ich przyjazdem (bądź co bądź - to była moja pierwsza praca jako tłumacz), było cudownie. Nie tylko dzięki ich wyrozumiałości w stosunku do mojego hiszpańskiego (który nie jest doskonały), ale również dzięki temu, jakimi są ludźmi. A są zupełnie inni niż my - Polacy (z przewagą dla Meksykanów). Są milsi, bardziej towarzyscy, bezinteresowni, spokojniejsi, ale i radośniejsi - i to nie w stosunku to mnie, ale do całego otoczenia i, co najważniejsze, siebie samych. Przykład: plaża nad jeziorem. Dzieci z Meksyku sie kąpią (czyt. zamarzają), mama każe im wychodzić z wody. One nie chcą. Ona spokojnym głosem mówi, że trzeba iść i coś tam jeszcze. One wychodzą. Obok polskie dziecko się kąpie. Mama każe mu wychodzić: "Chodź tu, bo jak Ci pier****ę w ten łeb to zobaczysz". I to nie jedyny przypadek... Zauważyłem podczas tego festiwalu, jak Polacy traktują swoje dzieci. A traktują je karygodnie w porównaniu do Meksykanów. Może my tego nie dostrzegamy, przecież to dla nas normalne... Ale można inaczej - i lepiej. Nie mówię tutaj o żadnym rozpieszczaniu, tylko odnoszeniu się ze zwykłym szacunkiem do dziecka. Bo co z tego, że młodsze?
Dużo nauczyłem się dzięki przyjazdowi Meksykanów. Jeden z nich jest nawet gejem i ofiarował mi przepaskę na rękę (po czym dzieciaki powiedziały mi, że takie w Meksyku dostają tylko kobiety). No cóż... I tak miał gest. :P

Kontakt z inną kulturą, a co za tym idzie - językiem, jest dla mnie czymś wspaniałym. Dlatego myślę, że znalazłem coś, co chcę robić w przyszłości. A w jakiej formie - to się jeszcze okaże. :)


2005-08-17 23:57:23

skomentuj (6)

PRZYPOMNIENIE, ŻE ŻYJĘ

Nie było mnie dawno... W sumie to nie wiem, dlaczego. Nie czułem potrzeby wyżycia się na klawiaturze.
2 tygodnie temu była nasza pierwsza rocznica... Superprzezycie. :)
Ostatnio pojawiają się coraz to nowi "intruzi", którzy, może i nieświadomie (chociaż nie wiem), próbują coś między nami popsuć dla własnych korzyści... Ale napiszę coś więcej niedługo... teraz idę stąd...


2005-06-14 23:22:19

skomentuj (5)

MISIZM


Na szczęście dla nas - każdy jest inny. Nie ma dwóch ludzi identycznych. Nawet technika klonowania nie zdoła stworzyć kopii człowieka pod względem jego psychiki - na szczęście.
Skoro każdy jest inny - każdy ma także inne spojrzenie na świat. Ma swoją małą życiową ideologię.
I ja ją mam. Nazywam ją MISIZMEM. Misizm nie jest ideologią popularną, nie jest tak naprawdę prawdziwą ideologią - takie przecież tworzyli wielcy ludzie, do których mi bardzo daleko. Mimo to spróbuję opisać (w dużym skrócie) misizm - mój światopogląd. Opisać to, jak według mnie pewne rzeczy powinny wyglądać. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że misizm skazany jest w dzisiejszych czasach na porażkę, zapewne będę jedynym misistą na świecie. Ale co jeden, to nie żaden...

Główne założenia

1. Inteligencja emocjonalna.
Składa się ona z dwóch podstawowych umiejętności: empatii i asertywności, a także z umiejętności społecznych.

Ludzie w większości są subiektywni i oceniają innych ludzi/sytuacje/zjawiska wyłącznie na podstawie własnego uznania. Misista taki nie jest. On zawsze, w każdej sytuacji - bez wyjątku, zanim cokolwiek skomentuje lub oceni, stawia siebie w miejsce danej osoby, patrzy jej oczami, czuje jej sercem. Zauważa wtedy wiele więcej, aniżeli w przypadku, gdyby zdanie innej osoby i okoliczności owej osobie towarzyszące go nie obchodziły.
Misista nie wstydzi się swoich poglądów. Nie boi się o nich rozmawiać i wyrażać własnego zdania na dany temat - jest asertywny i niezależny.
Zawsze stara się wpłynąć na innych - współpracować, zarazić własnymi poglądami. Związane jest to z jego ideałem pracy (punkt 5).

2. Pokój.
A w szerszym rozumieniu - brak wojska.

Misista ma w tej kwestii poglądy zbliżone do irenizmu. Opowiada się za pokojowym rozwiązywaniem konfliktów, wie, że wszystkie można rozwiązać bez użycia przemocy i że wszystko można ze sobą pogodzić. Jest zwolennikiem kompromisu.
Poza tym zakłada nieistnienie wojska. Uważa je za strukturę bezużyteczną. Jest to związane z jego ideałem świata, o czym mowa będzie później.
Dopuszcza jednak użycie przemocy tylko w przypadku obrony własnej.

3. Chęć niesienia pomocy.
To jedna z najważniejszych cech misisty.

Misista żyje, by pomagać. Związane jest to z empatią. Widzi i czuje to, co potrzebujący - i tak samo go to boli. Interes innych przedkłada ponad własny. Pomocy nie odmawia - z wyjątkiem sytuacji, gdy może ona być niemoralna (dozwolona jest tu swobodna interpretacja niemoralności każdego jednego misisty) czy przynieść krzywdę drugiej osobie. Pomoc innym daje mu szczęście. Jest gotowy poświęcić się jej całym sercem.
Pamięta o innych - jeśli żyje w kraju stosunkowo bogatym (Europa, Ameryka), docenia to. Nie narzeka. Wie, że zdecydowana większość ludzkiej społeczności pod tym względem żyje gorzej. Obraz tego widzi przed oczami. Między innymi to motywuje go do ciągłego działania. Czas nie jest dla niego ważny - ważny jest skutek odniesiony poprzez pomoc.

4. Awersja do pieniędzy.
To jeden z najbardziej kontrowersyjnych i najważniejszych aspektów misizmu.

Misista brzydzi się pieniędzmi. Nie znosi ich, uznaje za sprawcę wielkiego, duszącego łańcucha, jakim jest kapitalizm.
Nigdy nie miał dużo piniędzy, nie ma i nie będzie miał. Z jednego prostego względu - nie szanuje ich. Bo nie chce. Swoje pieniądze przeznacza na pomoc, nie szkoda mu ich, bo wie, że inni potrzebują ich bardziej.

5. Praca i rola w społeczeństwie.
W przypadku misisty te dwa pojęcia ściśle się ze sobą wiążą.

Misista jest jednym z tych, którzy nie chcą poddać się "systemowi". I mimo że szanse na to, że mu się uda, są małe - do końca życia próbuje to osiągnąć. Pracą misisty jest pomoc. Dopuszcza możliwość swojej pracy jedynie w przypadku: pomagania ludziom i wpływania na nich (np. zawód nauczyciela). Zawód musi być twórczy, nie może opierać się na zarabianiu pieniędzy, które w pracy odgrywają rolę podrzędną, a których zresztą nie znosi.
Jeśli chodzi o jego rolę w społeczeństwie, to misista doskonale ją zna. Woli nie być nikim znanym - jednak jeśli to daje mu możliwość niesienia większej pomocy - bez zastanowienia to wykorzystuje. Politykę chce widzieć jako sztukę niesienia pomocy na bardzo szeroką skalę, jednak szybko się rozczarowuje i zaczyna odnosić się do niej z niechęcią. Woli nie skupiać się na "sztuce rządzenia" i wrócić do swojego małego światka niesienia pomocy "niższymi drogami". Robi to, co jego zdaniem do niego należy. A co najważniejsze - jest człowiekiem z powołaniem, co daje mu siłę i wiarę w sukces.

6. Religia.
Sprawa religii w przypadku misizmu jest niezwykle prosta.

Daje on bowiem pełną dowolność misiście w tej kwestii. Misista może być zarówno ateistą, jak i gorliwym katolikiem czy przedstawicielem jakiejkolwiek innej religii.

7. Tolerancja i wiara w siebie.
Być może oczywiste, a jednak nie do końca.

Misista wolny jest od wszelkich uprzedzeń w stosunku do ludzi innej płci, koloru skóry, religii, orientacji seksualnej czy jakiegokolwiek innego kryterium. Walczy jednak z takimi zjawiskami jak rasizm, neonazizm, apartheid czy z jakimikolwiek innymi związanymi z nietolerancją.
Jego motto w tym przypadku to: "Brak tolerancji dla nietolerancji".
Jak już zostało wspomniane wcześniej - powołanie misisty daje mu ogromną wiarę w siebie i własne możliwości. Dzięki temu jego ideologia nie opiera się na słowach, ale na działaniach.

8. Edukacja.
Coś, co dla misisty jest niezwykle ważne.

Pragnie on bowiem edukować się do końca życia. Chce poznawać. Wierzy, że to na wiele sposobów pomoże mu w osiągnięciu zamierzonych celów.

9. Cele.
To, do czego misista dąży.

Marzeniem misisty jest powiedzieć: "Nie jestem już potrzebny". Pragnie zmienić świat, jednak wie, że zacząć trzeba od rzeczy najdrobniejszych. Trwa zatem w swoich działaniach do końca, nie przestając wierzyć w ich słuszność.
Światem idealnym w jego oczach jest świat bez wojen, bólu, głodu i wszystkiego tego, co przynosi człowiekowi cierpienie.


Niewątpliwie przeciwników takiego światopoglądu będzie więcej niż zwolenników, misista jednak jest uparty, a tłumaczenia, że (na przykład) pieniądze są nieodzowne w życiu, obijają się o niego jak o mur (a swoją drogą - powiedzcie to biednym).
Misistą może zostać każdy, nie jest to jednak łatwe. Tak naprawdę prawdziwy misista (jeszcze?) nie istnieje. Bo aby nim zostać, trzeba być przygotowanym na ogromne wyrzeczenia, a co za tym idzie – zmianę samego siebie.
W wymienionych wyżej punktach nie opisałem siebie. Bo przecież prawdziwego misisty nie ma. Opisałem widziany moimi oczami ideał, do którego dążę. I mam nadzieję, że dążyć będę do końca życia.


2005-01-19 19:13:01

skomentuj (21)

WIELKIE ZMIANY


Nikt nie lubi być poniżany. Traktowany z góry. Jak klasa niższa. Ale pytam - jeśli właśnie takie traktowanie przytrafi się właśnie Tobie - co zrobisz? Usuniesz się w cień? Uciekniesz? A może się postawisz i będziesz bronić?
Jedną z niewielu pozytywnych cech, które odziedziczyłem po ojcu, jest upór. Przekonanie, że "moja racja jest mojsza". Co nie znaczy, że nie jestem skłonny do kompromisu, czy nawet ustępstwa, gdy okazuje się, że naprawdę nie mam racji... Ale wracając do poniżania - właśnie dzięki "ojcowskiemu" uporowi potrafię skutecznie bronić sie przed jakąkolwiek złośliwą (podkreślam - złośliwą) krytyką pod moim adresem. Dlatego bronię się przed jakimkolwiek chamstwem, czy to ze strony ludzi, których znam, czy tych mi nieznanych. Takie właśnie przykre rzeczy spotkały mnie w mojej byłej już (od jutra) szkole - i nie chodzi mi o złośliwość dotyczącą mojej orientacji, ale zwykłą kulturę osobistą.
Liceum, które wybrałem 1,5 roku temu, okazało się być jedną wielką pomyłką. Szkołą ludzi, dla których oceny stanowią wartość nadrzedną. Dla których niezdanie matury na co najmniej 5 byłoby równoznaczne z powieszeniem się. Dla których stres jest tak samo zwyczajny jak chodzenie spać o 4 rano. I, co najgorsze, dla których los drugiego człowieka jest całkowicie obojętny. Dotyczy to nie tylko uczniów (oczywiście nie wszystkich), ale i nauczycieli (oczywiście nie wszystkich). Po prostu - męczyłem się w takim "pseudoelitarnymataknaprawdędennym" środowisku. "Jeśli coś Ci się nie podoba - zmień to" - i tak właśnie zrobiłem. Od poniedziałku będę uczniem innego LO. I mam nadzieję, że tam będzie mi lepiej. A jeśli nie - to znaczyć będzie, że jestem nadwrażliwy i to ze mną jest problem, a nie z otoczeniem.
Dzisiaj zadałem sobie pytanie - co bym powiedział samemu sobie, gdybym ujrzał siebie w wieku 10 lat?
I tak naprawdę, to chyba niewiele. Bo niewiele jest rzeczy, których w życiu żałuję. Bo jest ono za krótkie, by żałować. Powiedziałbym jednak: "Nie ufaj wszystkim wokół, bo nie zawsze są tacy, jak myślisz". A "mały ja" pewnie bym nie posłuchał. Przecież "ja" (ale który?) wiem lepiej...
Zawsze mówiłem, że jestem szczęśliwym człowiekiem. Szczęśliwym w tym sensie, że los był dla mnie łaskawy i oszczędził mi nadmiaru cierpień. Dlatego pewnie jestem optymistą. I takim już chyba pozostanę, bo "mam marzenia do spełnienia". :)
Do spełnienia z Darkiem, który na każdym kroku okazuje się być człowiekiem cudownym; wrażliwym, kochającym i oddanym. Jestem coraz bardziej pewien, że to jest ten ktoś przeznaczony właśnie dla mnie. A ja jestem tym kimś dla niego.
Kocham go z całego mojego małego serca. I nie mam zamiaru przestawać. Nigdy.



2005-01-07 02:15:11

skomentuj (17)

blog.pl